Witam was kochani po dość długiej i niepokojącej przerwie !
Wracam do was po dłuższej nieobecności, którą muszę wytłumaczyć zapominalstwem. Przed przerwą świąteczną zostawiłam aparat w szkole i nie miałam czym wykonywać fotek - a szkoda, bo okres świąteczny był świetnym czasem wartym uwiecznienia.
Dostałam m.in niesamowite ( i zarazem niebotycznie wysokie ) buty kształtem przypominające te od Jeffreya Campbella firmy ( nie trudno zgadnąć ) H&M.Wrażenia ?
Nie zabijam się chodząc w nich a na dodatek są całkiem wygodne ! Sama byłam pod ogromnym wrażeniem.
Niedługo ( bo już w marcu ) wybija mi 18-tka i pasowałoby się nauczyć chodzić na wysokich obcasach jak to na prawdziwą kobietę przystało.
Poza tym udało się już zgromadzić sporą kolekcje albumów i książek dotyczących mody. Odkładałam każdy grosik na nie, ale jak zawsze powtarzam : Na biżuterie i książki nigdy nie wolno mieć węża w kieszeni. Zresztą coś czuję że te pieniądze zrekompensują mi się jakoś w przyszłości.
Masa inspiracji, wiadomości, gry obrazami i wyczucia estetyki. Geniusze nad geniuszami. Perełką kolekcji jest Alexander Mcqueen - " Savage Beauty ". Album zawiera najlepsze projekty tego artysty a także wywiady,cytaty, oraz przewodnie słowa jego kolekcji. Siedzę i płacze ze wzruszenia przeglądając ją kartka po kartce.
Wierzycie w znaki?
Bo ja wierzę bardzo mocno.
Kiedy człowiek przestanie sie upierać i stawiać na swoim, chociaż wie, ze mu to szkodzi, kiedy rozejrzy się wokoło, dostrzeże coś niesamowitego.
Dostrzeże ,że nie jesteśmy sami.
Siedziałam i myślałam - gdzie mam iść, jaką ścieżka podążać, gdzie znaleźć jakieś drogowskazy.
I usłyszałam wewnątrz :
"Twój kompas jest we wnętrzu. Wystarczy na chwilkę przestać patrzeć na innych i zajrzeć w miejscu w którym ty się znajdujesz. "
Bo przecież to my tak na prawdę jesteśmy głównymi rolami w naszym "filmie" życia. to my decydujemy, gdzie pójdziemy, co ze sobą zrobimy, ile damy z siebie.
Znaki są wszędzie, wystarczy tylko o nie poprosić i chcieć je zauważyć.
Koleżanka pokazała mi marcowe wydanie Glamour zakupione na wycieczce do Paryża, w której ja niestety nie mogłam uczestniczyć. Wie dokładnie jakiego mam chorego bzika na punkcie magazynów o modzie i... podarowała mi go !. Jakbyście zobaczyli moją minę - dosłownie jak dziecko które znajduje ostatni prezent pod choinką .
Dla jednych głupiutka sterta kartek , dla mnie źródło inspiracji.
W piątek wieczorkiem, siadłam nad nim z zapartym tchem, bo nic nie działa tak mocno na moją kreatywność, jak dobra, nocna kupa gazet, pokazów mody i sesji ( i herbata rzecz jasna ;) ).
Ostatnio uświadomiłam sobie, że moje życie zależy od moich wyborów, od rozwoju i moich chęci. Postanowiłam ze oprócz języka polskiego i angielskiego, chcę znać francuski i włoski.
Może nie w jednym momencie , ale będę je umieć, bo wewnętrznie czuje ( ha, i znowu ten kompas ) że są mi potrzebne. Wiedza otwiera szersze perspektywy, pola manewru, możliwości.
Siadłam z tłumaczem Google i nieudolnie zaczęłam powoli rozczytywać wstęp. Przedostatnie zdanie wydało mi się proste tak wiec zaczęłam od niego.
I odczytałam z łzami wzruszenia w oczach :
C'est votre vie, votre histoire
co oznacza
"To jest życie, twoja historia.".
Rozejrzałam się. No tak, siedzę przytłoczona z każdej strony magazynami, ilustracjami, książkami, albumami, stertą biżuterii, dodatków, ubrań, rzeczy. Mój pokój jest zobrazowaniem tego, co siedzi mi w duszy, tak długo duszone przez wewnętrzne ograniczenia oraz myśli, które już dawno powinnam wyplewiać.
Czytam, piszę , ilustruje, pomagam, myślę, tworzę, żyję
Czyż to nie wspaniałe, gdy zagubimy się gdzieś w bieganinie za wymaganiami innych, swoimi wkodowanymi fałszywymi wizjami i myślami, ktoś z góry każdą możliwą drogą stara się nas jednak przekierować tam gdzie mamy być?
Wyłącz myślenie i zdaj się na Świat. Niech na chwile życie po prostu płynie. Może i strumień wydaje się porywisty, ale każdy wodospad gdzieś w końcu się kończy.
Hasło na stałe zostało zamieszczone nad kolekcją, aby mnie inspirowało i napędzało do tego, co jest w życiu najważniejsze : pasja.
A jak tam rozwój fizyczny/psychiczny ?
Wyrzucam gluten z diety. Rodzice sie krzywią , narzekają, ale nie jestem już dzieckiem.
Moje wybory , moje decyzje.
Czuje sie o niebo lepiej, mam mnóstwo energii i siły. Czasem jednak mniej znaczy więcej.
Dla niektórych moja dość skrojona dieta wydaje się nie do przejedzenia.
A ja odpowiadam : niech każdy je to co lubi. Skoro moje ciało nie toleruje mięsa ( jem raz w tygodniu indyka) , nabiału ( oprócz jogurtu naturalnego), zbóż , tłuszczy zwierzęcych wyłączając jajka w których się zakochałam ( i moje odżywione włosy i paznokcie także ) to po co mam jeść coś ,co odbiera mi energie?Cały czas kombinuję, uczę się na błędach, poszukuje.
Połączyłam dietę niełączenia, bezglutenową i opartą na grupie krwi.
Jest genialnie ! Oczywiście zdażaja sie wpadki, ale trzeba dać sobie czas i cierpliwość.
Na drugim zdjęciu "Zielony potwór" - tak nazywam ten mega smaczny, bogaty w mikroelementy i witaminy poranny koktajl - zrobiony z szpinaku, pomarańczy, kiwi, jabłek, bananów i czego bądź pod ręką.
Ciężko mi było wyrzucić płatki owsiane, ale zastąpiłam je kaszą jaglaną na przemiennie z komasą ryżową
(quinoa) - oprócz zdrowych węglowodanów posiadają białko ,ważne do budowania mięśni.
Zaczynam także przygodę z bieganiem. Bycie fit powoli wchodzi w nowy nawyk i bez porządnej dawki ruchu ani rusz ! Biegałam jak dotąd dwa razy, ale od razu mogę stwierdzić : to jest bardzo uzależniające.
Nowe nawyki są ciężkie do zastosowania tylko na początku. Potem nie wyobrażamy sobie bez nich życia.
Co około dwa dni staram sie wybiegać, jak nie w szkolnej siłowni to u znajomych. Oprócz tego oczywiście Chodakowska w miarę sił, joga wieczorkiem lub rano,tabata, mel b i inne filmy na youtube. Sama także kombinuje. Ulubiona dyscyplina ? Taniec w piżamie o 22:00 do " Happy " Pharella Williamsa z szczotką do włosów udającą mikrofon. Dobrze, że tego nie widzicie ;)
Meczący tydzień nauki i nocnych wykładów z prawa jazdy kończę , kupując sobie piękne goździki podczas nocnego napadu na warzywa i owoce w Lidlu oraz kończę/ zaczynam nowe prace, bo 14 stycznia mam przegląd z malarstwa.
Udanego weekendu :)
Ciao !
Bye !
Au revoir !
Na razie !
xoxo
Emilia




Byłam też w konie na filmie " Don Jon" i powiem szczerze - był to najobleśniejszy film bez żadnych zahamowań odnoście obrazu czy treści, wypełniony po brzeg tym , co jest chyba najgorsze a jednak na samym końcu, kiedy to przebrnęłam przez 2 godziny oglądania go z obrzydzeniem - łzy na ostatniej scenie poleciały mi mimowolnie po policzkach. A już myślałam, ze żadne moje zachowanie mnie nie zdziwi.




